24/09/2023
A tymczasem pierwsi Czytelnicy docierają do miejsc, które polecają zarówno Urszula Arter i Wojciech Koronkiewicz w "Pływających krowach", jak i Michał Skoczek i Paweł Kotwica w książce "U Pana Boga przy stole" 🙂 Na zdjęciu pani Magdalena oraz pan Jan, właściciel Zajazd u Jana w Dubiczach Cerkiewnych, o którym Urszula Arter i Wojciech Koronkiewicz piszą tak:
"Dubicze Cerkiewne. Droga z Hajnówki na Kleszczele. Przydrożny zajazd „U Jana”, przysmaki kuchni białoruskiej. I w środku pan Jan. Który robi ponoć świetną słoninę. Soloną i w ziołach. Ale niechętnie rozmawia. I telewizja tu była i z kwitkiem odeszła. I Ula dwukrotnie się umawiała i też nic z tego nie wyszło. Fatum ciąży nad zajazdem „U Jana”. Postanowiłem owo fatum przerwać, przełamać. Któż, jeśli nie ja? Umówiłem się zatem z dyrektorką miejscowej biblioteki, że pan Jan będzie na mnie w zajeździe już czekał.
Włączyłem dyktafon i zacząłem zadawać pytania:
– Jak to z tą kuchnią białoruską jest? Jakie przysmaki pan serwuje? – zapytałem. Zapadło milczenie. Długie milczenie.
– No – odparł pan Jan i znów się zamyślił. – Takich zwykłych obiadów wszędzie pełno. Takie białoruskie tylko tutaj.
– I wszyscy się zatrzymują, żeby spróbować! – wołam energicznie, wierzę bowiem, że energia jest zaraźliwa i przechodzi na rozmówcę i że zaraz pan Jan jak zacznie mi opowiadać, to do wieczora będziemy siedzieli. Ale się mylę.
– No, nie wszyscy – mówi Jan kwaśno i z niesmakiem.
– W Hajnówce jest też kuchnia białoruska! – nie poddaję się. – Babuschka, koło basenu, też serwuje kuchnię białoruską.
– Ale tam takich dań nie mają – odpowiada Jan, a każde słowo ciągnie powoli niczym krowę na postronku.
– No właśnie, skąd pan te dania wziął? – pytam i nadziwić się nie mogę, że jeszcze tyle we mnie energii.
– No, nasze – odpowiada Jan. – Stąd.
– Które pan pamięta, jeszcze jak mama robiła? – mówię.
– Tak – odpowiada Jan.
I już wiem, że będzie to wywiad jednej tylko osoby. Pytającego. Odpowiadający będzie odpowiadał tak lub nie.
– Hryczuny są nasze – mówi Jan.
– Czyli gołąbki z kaszą – dopowiadam.
– Tak – mówi Jan. – Kiedyś się robiło w szyjach gęsi. I to się napychało. A teraz skąd weźmiesz gęsią szyję?
– Teraz w skórkę z kurczaka pan pcha – mówię.
– To samo prawie – mówi Jan. – Tylko tłuszczu mniej.
– Zupa soljanka – mówię.
– Oryginalna nazwa sielianka – mówi Jan. – Sielska zupa. Wioskowa znaczy. Gotowało się wszystko, co tylko w rękę wpadło. Czy grzybowa, rybna czy mięsna. Ale podstawą są ogórki kiszone.
– Wareniki – podaję kolejną nazwę z menu.
– No, wareniki, co? – Jan na to. – Co to wareniki? Pierogi.
– Ja z jagnięciną jadłem – odpowiadam. – Jagnięcina stąd pochodzi? Od państwa Czmiel?
– Stąd – Jan odpowiada.
Wszystko na ten temat".
Zaś Michał Skoczek i Paweł Kotwica tak:
"Wiadoma sytuacja na granicy białoruskiej sprawiła, że ta wioseczka stała się jakimś punktem zbornym naszych wojaków, dookoła pełno było żołnierzy, policji, wozów bojowych, drutu kolczastego i imponderabiliów w klimacie khaki. Aż chciało się zaśpiewać przebój Młodych Tłoków sprzed lat: „Czołgi, drogi, działa, mosty. Peryskopy, wodorosty! Wszystko to na ciebie czeka. Żołnierz wzorem dziś człowieka!”.
Droga do Zajazdu u Jana wiodła przez punkt kontrolny, gdzie zaglądano nam do bagażnika oraz głęboko w oczęta, myśląc, że jesteśmy budowlańcami pracującymi przy wznoszeniu płotu na granicy.
Zajazd to duże słowo. To raczej zajeździk. Po prostu chata przy drodze. Czysto, skromnie, lekko ciasnawo, drewno, deska, w desce sęk, jak wszędzie tutaj. Menu, jak niemal w każdej przydrożnej knajpie, wysmarowane flamastrem na laminowanej tabliczce, krótkie, ale jak się okazało, treściwe.
Odkryliśmy w nim coś, czego w Polsce jeszcze nie jedliśmy, a mianowicie zupę szczi z jagnięciną. I to za marne 15 złotych! To rosyjski kapuśniak, bardzo gęsty. Kapusta plus baranina? Coś to przypomina – powiadacie. Ale nie, nie ma to nic wspólnego z naszą góralską kwaśnicą. Przede wszystkim dlatego, że szczi w Zajeździe u Jana jest robiona ze słodkiej kapusty (w Rosji robiona jest też z kiszonej), zawiera więcej warzyw i jest ozdobiona łychą kwaśnej śmietany. Mięsem natomiast jest nadziana tak, że wystaje ono ponad powierzchnię zupy jak Wyspy Kurylskie z Pacyfiku. Bardziej niż tradycyjny, polski kapuśniak, przypomina konsystencją solidną, wojskową grochówkę. I nic dziwnego, za towarzystwo w tej knajpce mieliśmy właśnie obrońców naszych granic, którzy, jak mówi stare przysłowie pszczół, nie płacą za nic.
Niestety, skończyła się kiszka ziemniaczana, na którą ostrzyliśmy sobie apetyt, bo podczas tego wyjazdu nie widzieliśmy jej dotąd w jadłospisie nigdzie, choć w okolicach Augustowa i Suwałk można ją zjeść w niemal każdym lokalu. Najpierw spróbowaliśmy więc wareników z dziczyzną (ekstra!), a potem przytuliliśmy swe wątłe dłonie do glinianego garnucha z tuszonką z golonki. Duże, rozchodzące się pod lekką presją widelca kawałki zapeklowanego mięsa w przyjemnym, pachnącym przyprawami sosie, do tego domowej roboty kiszone ogórki. Toż to samo zdrowie! A przynajmniej sama smakowitość. Aż się prosiło, by dobrać do niej butelczynę dobrze zmrożonej substancji. Niestety substancji nie było. Była za to prawdziwa perełka – herbatę serwowano w szklankach z koszyczkiem.
Jeśli lubicie, jak my, jadać w przydrożnych barach, kochacie kuchnię prostą, lecz pełną smaku, to wpadnijcie do Zajazdu u Jana. Menu się zmienia, ale zawsze możecie tu trafić na coś ciekawego. No i umówmy się – kiedy ostatnio jedliście obiad w towarzystwie uzbrojonych po zęby żołnierzy?".